Do Rzeczy o repatriacji

„Do Rzeczy” numer 41 z 5 października 2015 r.
Piotr Gursztyn

„Odrzuceni rodacy”

Kryzys imigracyjny po raz pierwszy na poważnie przywołał kwestię repatriacji naszych rodaków. Każdy, kto się tej sprawie przyjrzy, będzie przerażony. Rządzący, politycy, urzędnicy, dyplomaci – robili wszystko, aby obrzydzić i utrudnić powrót do Polski większości naszych rodaków z Kazachstanu i innych republik postsowieckich.

30 mln nie pomoże

Zapowiedziane przez szefową rządu 30 mln zł na repatriację brzmi nieźle. Jednak pieniądze na ten cel malały dlatego, że nie były wykorzystywane (z 34 mln zł w 2011 r. do 9 mln zł w ostatnich latach). Polski problem z repatriacją jest bowiem wynikiem wadliwego sytemu oraz niechęci lub obojętności państwa i elit do pomocy rodakom. Zapowiedziane 30 mln także teraz nie zostanie wykorzystane i ostatecznie trafi na zupełnie inne cele. W tym kontekście należy czytać dwie inne wiadomości związane z repatriacją.

Pierwsza z nich dotyczy skandalu, który wynikł z decyzji sejmowej Komisji Finansów. Najpierw głosami PO przesunęła z rezerwy na repatriację 1 mln 266 tys. zł na finansowanie utrzymania uchodźców i imigrantów, których nam wcisnęła Komisja Europejska.

– I tak nie jesteśmy w stanie wydać wszystkich pieniędzy na repatriantów, a na uchodźców tak – tłumaczył wiceszef komisji, poseł PO Paweł Arndt. To uzasadnienie prawdziwe, ale jednocześnie obnażające skandaliczną fikcję obecnego systemu repatriacji. Dzięki oburzeniu opinii publicznej zapadła decyzja o uzupełnieniu rezerwy, ale to tylko działanie wizerunkowe,
które nie będzie miało żadnego wpływu na zwiększenie liczby przybywających do Polski rodaków ze Wschodu. Druga historia dotyczy kilkudziesięciu osób polskiego pochodzenia, mieszkańców zagrożonego zniszczeniem Mariupola. Mimo dramatycznych apeli, łącznie z ich deklaracją, że nie chcą pomocy, bo sami zarobią zamiataniem ulic, akcja ich ewakuacji skandalicznie się przeciąga. Trudno krótko przed wyborami podejrzewać rządzących o złą wolę. Przeciwnie, chętnie pochwaliliby się dobrymi uczynkami przed kamerami telewizyjnymi. Jednak nie mogą, bo nawet woluntaryzm szefowej rządu rozbije się o zły system, do którego utrwalenia PO bardzo się przyczyniła.

System niechęci

Elity polityczne i medialne temat repatriacji traktowały bowiem do tej pory z wyjątkowym lekceważeniem. Polacy z Kazachstanu nie zaznali nawet promila empatii, jaką establishment prezentuje w stosunku do uchodźców wdzierających się do UE.

A nasi wywiezieni na stepy rodacy, pod względem językowym mocno zrusyfikowani, udowadniali wyobrażalnymi dla nich sposobami, że jednak są częścią polskiej wspólnoty narodowej. Pokazywali ocalone z narażeniem życia polskie książeczki do nabożeństwa i różańce, łudząc się, że wzruszy to decydentów znad Wisły. Efekt był chyba wręcz przeciwny. I świadczy o tym nie tylko mizerna liczba repatriantów – 4619 osób sprowadzonych w latach 2001–2012, lecz także porównanie z innymi krajami. Socjolog z Uniwersytetu Warszawskiego, autorytet w dziedzinie repatriacji, dr Robert Wyszyński, podaje, że Kazachstan tak skutecznie ściąga etnicznych Kazachów z krajów obcych, że dzisiaj co 10. mieszkaniec tego państwa
jest repatriantem. Skuteczna w repatriacji jest też Rosja, tak że wielu Polaków z Kazachstanu, nie mogąc doczekać się pomocy państwa polskiego, korzysta z jej oferty. Rosja chętnie ściąga
do siebie białych rosyjskojęzycznych mieszkańców republik środkowoazjatyckich, poprawiając w ten sposób swoją sytuację demograficzną.

Bardziej efektywną niż Polska politykę prowadzi też łukaszenkowska Białoruś. A niemieckie prawo umożliwia ściągnięcie setek tysięcy ludzi nawet tylko luźno związanych z dominującą kulturą. Uzyskanie obywatelstwa jest łatwe nawet dla tych, których przodkowie w zasadzie nigdy nie byli obywatelami Niemiec (np. Niemcy siedmiogrodzcy czy też Niemcy nadwołżańscy) oraz wszystkim potomkom obywateli Rzeszy z 1937 r. niezależnie od ich etniczności, np. Ślązakom.

Podobne prawo obowiązuje też w Rumunii. W polskim przypadku nawet etniczni Polacy muszą przejść przez mękę, aby uzyskać obywatelstwo lub prawo do repatriacji. Już wstępna procedura jest biurokratyczną mitręgą. Podania trzeba składać co rok, płacąc za to za każdym razem. Wymagana jest biegła znajomość języka polskiego, mimo, że jest to społeczność poddana brutalnemu wynarodowieniu, gdzie za używanie rodzimej mowy groziła śmierć. Zdarzało się też, że polscy urzędnicy robili wszystko, aby zniechęcić kandydatów do przyjazdu. W czasie egzaminu na obywatelstwo pytali o liczbę dopływów Wisły lub o to, który święty jest patronem Krakowa.

Biurokratyczna męka

Osoby, które miały szczęście i dostały formalną szansę na powrót, stawały przed kolejną przeszkodą – organizatorem repatriacji jest samorząd, a nie państwo. To on musi zapewnić mieszkanie, ogólną opiekę i zatrudnienie. Państwo może zrefundować koszty, ale gminy boją się komplikacji i niewypełnienia tego zobowiązania. To dlatego rezerwa finansowa jest coraz słabiej wykorzystywana i obcinana z roku na rok. Warto też dodać, że repatrianci czekają na przysługujące im wsparcie finansowe (jednorazową zapomogę na zagospodarowanie, zwrot kosztów podróży itp.) nawet rok, choć według przepisów powinno być to maksymalnie 60 dni. Dochodziło też do takich sytuacji jak w podkrakowskich Myślenicach, gdzie deweloper podarował jedno mieszkanie dla rodziny repatrianckiej, a fiskus natychmiast zażądał podatku od darowizny. Jesienią zeszłego roku NIK ogłosiła raport pokontrolny, gdzie zwróciła uwagę na potrzebę zmiany prawa. Koalicja rządząca skutecznie blokowała jednak wszystkie inicjatywy, w tym najbardziej znaną, czyli projekt obywatelski, który pilotował Jakub Płażyński, a pod którym podpisało się ćwierć miliona ludzi. Zakładał, by wzorem np. niemieckim prowadzić repatriację siłami państwa, a nie pojedynczych gmin. PO ten projekt odrzuciła, wyliczając, że takie prowadzenie repatriacji miałoby kosztować 900 mln zł. Swoje przepisy przygotowało zatem MSW. Specjalna podkomisja, której przewodziła posłanka PO Joanna Fabisiak, miała połączyć przepisy resortu z zapisami projektu obywatelskiego. W listopadzie 2013 r. obiecywała, że nowa ustawa będzie obowiązywała już w 2014 r. Obietnica nie została dotrzymana.

Repatriacja to nie tylko kosztowny obowiązek. To inwestycja. Według danych z Niemiec (przytaczanych przez dr. Wyszyńskiego) rodzina repatriancka po czterech lub pięciu latach od sprowadzenia, dzięki płaconym podatkom dochodom i rozrodczości, zaczyna być zyskiem dla gospodarki.

współpraca
Kamila Baranowska